
Przeciwnicy Orbana są identyczni jak obóz władzy w Polsce.
Twierdząc że„nie ma innej drogi” „wmówili sobie, że Węgry nie są zdolne do wielkich rzeczy, że ich jedyną szansą jest przystosowanie się, czyli mówiąc prościej – uległość”.
Inaczej myśli szef Fidesz „ nie zdarzyło się nigdy, by słaby, nie wierzący w siebie, mający o sobie niskie mniemanie naród miał jakiekolwiek osiągnięcia”. Silne Węgry to mantra jego książki.
Żądanie ciągle nowych ofiar od społeczeństwa, nie dając nic w zamian jest w interesie jedynie wąskich grup - uważa. Tych którzy „ w odpowiedniej chwili znaleźli się w odpowiednim miejscu”. „Gospodarka opiera się na zagranicznych kredytach i inwestycjach, zamiast na pracy własnych obywateli. Nie stoi więc na własnych nogach. Grozi nam więc nie tylko powódź z wezbranych rzek ale zatonięcie w długach. Bo sięgają już nam do ust”
Orban podkreśla, że pieniądz nie jest w stanie zastąpić „ wspólnej społecznej odpowiedzialności”, nie jest dobrym miernikiem wszystkiego, jak chce tego nowa arystokracja „ Jej członkowie już stoją ponad prawem. (,,,) Przyczyniają się do znikania setek miliardów bez ryzyka, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności”.” Dysponują pieniędzmi napływającymi z Unii bez żadnej kontroli. Walcząc z węgierskimi zwolennikami demokracji i wolności, bez oporu używają do swych celów policji i służb bezpieczeństwa”. Pisze o efekcie tych wszystkich działań, takim jak w naszym kraju.
„Nikt nie przypuszczał że odpowiedzialny rząd kraju może uczynić z z całym narodem to, co wcześniej uczynili tylko obcy: w interesie utrzymania władzy oszukali i ograbili cały naród”
Orban pisze też o identycznym jak w Polsce zjawisku, gdy państwo ”stopniowo zwalnia się ze swych obowiązków, z drugiej jednocześnie stale podnosi podatki. „
Podobny jest PR władzy - „ przyczyną kłopotów jest zawsze ktoś inny. Dla partii koalicyjnych liczy się tylko zachowanie pozorów rozwoju”, a rządy Fidesz to „ straszliwe niebezpieczeństwo, którego naturalnie nie potrafią nazwać” i którym „niektórych można straszyć, jak dziecko czarownicą”
Podkreśla kulturotwórczą „ zachowanie naturalnego porządku życia” wagę wsi, porównując pro-miejskość współczesnych, do tego zachwytu industrializmem jaki przechodziliśmy za komunizmu. Podkreśla że„jednym z zasadniczych problemów jutra stanie się kwestia jakości i bezpieczeństwa żywności”. „Niechęć do prowincji to postawa ludzi zacofanych” jego zdaniem.
Mówi młodzieży „To właśnie was jednoczy: wiara, wierność, ojczyzna, naród wolność i miłość. Nie zadowalajcie się różowymi bańkami mydlanymi.”
Ostrzega przed „metodycznym wzbudzaniem nienawiści” którego celem jest to „byśmy znienawidzili wszystko, nawet samych siebie”. Podkreśla wagę wzajemnego szacunku:państwa, społeczeństwa, kapitału, świata pracy.
Mówi do swych przeciwników, że są dla niego „przede wszystkim Węgrami”, żeby „spojrzeli szczerze jakich sił bronią (...) do ostatniego tchu. Że nie warto stawać w obronie „ kłamstwa, manipulacji, cynizmu, krętactwa”
Stara się przekonać tych „którzy nie widzą lub nie chcą widzieć, że ich partię ukradła nowa arystokracja, opanowała klika nowych uprzywilejowanych”
Orban kończy swoje przesłanie jednak optymistycznie.
„ My Węgrzy, patrząc na własną historię, możemy przyjąć za pewnik, że umocniły nas wszelkie przetrwane ciężkie próby, znoszenie niesprawiedliwego zepchnięcia na bok, przetrawione porażki i zabliźnione rany. Nielitościwe próby hartują naród.. Wszystko z czym w ostatnim dwudziestoleciu razem się zmierzyliśmy – choć teraz czujemy się znużeni, obrabowani i okłamani - w rzeczywistości wzmocniło nas. Wiemy, że życie kryje dla Węgrów jeszcze wspaniałe rzeczy. Tylko nie wolno nam tracić wiary, tylko musimy wspólnie i głośno powiedzieć, że my, Węgrzy, przyszliśmy nie po to, by jakoś przetrwać życie, tylko po to by nadać mu sens”
), ogólnie dość mocne przemyślenia.Plati pisze:Dobry człowiek z tego Orbana.
slawektor pisze:@ polak900 ja Cię proszę, nie wiem co Ty czytasz ale jak Masz pisać bzdety to nie zabieraj głosu. Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że Orban właśnie takie, zniszczone i zrujnowane Węgry odziedziczył po 8 latach rządów Gyurcsaniego.
polak900 pisze:slawektor pisze:@ polak900 ja Cię proszę, nie wiem co Ty czytasz ale jak Masz pisać bzdety to nie zabieraj głosu. Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że Orban właśnie takie, zniszczone i zrujnowane Węgry odziedziczył po 8 latach rządów Gyurcsaniego.
kolego tak to każdego można tłumaczyć, może i tak było, ale ma pecha bo jest obecnie przy władzy, po co się pchał ?
dla mnie Orban to przegrany człowiek, któremu pozostaje tylko dyktatatura, bo inaczej wywalą go ze stołka.
kogoś mi Orban przypomina w Polsce
Ponadto szkoda, że nie potrafisz docenić pozytywnej postawy jeszcze w tych czasach odnoszącej się do tradycji chrześcijańskiej.Wiktor Orban i dzieje dwóch "demokracji"
Autor: Łukasz Grysiak (zredagowany przez: Zielonooka, Analityk)
Wiktor Orban - chłopiec do bicia?
Jak węgierski premier wywołał wściekłość politycznie poprawnego establishmentu zwanego "europejską demokracją".
"Demokracja ludowa"
Jak pamiętamy, do 1991 roku istniało takie państwo jak ZSRR i jego satelity, zwane „krajami demokracji ludowej”. „Demokracja ludowa” polegała na „przewodniej roli Związku Sowieckiego”, który „troszczył” się o „naszych braci” z Europy Środkowo - Wschodniej. „Troska” polegała na tym, że czerwoni okupanci na przykład z PRL, Bułgarii czy Czechosłowacji wszelkie decyzje musieli uzgadniać z władcami na Kremlu. Kiedy czasem społeczeństwa „bratnich krajów” miały już dość panowania „ustroju najlepszego z możliwych” i wychodziły na ulicę, „troska” Moskwy przybierała postać czołgów, jak choćby na Węgrzech w 1956 roku, albo w Czechosłowacji w 1968 roku.
W wielkim skrócie tak wyglądała „demokracja ludowa” państw bloku radzieckiego. Ci, którzy nie chcieli się załapać na tę "demokrację" kończyli w łagrach, więzieniach, szpitalach psychiatrycznych albo byli rozstrzeliwani na demonstracjach. Aż wreszcie socjalizm udusił się w wyniku własnych sprzeczności a wraz z nim umarła „ludowa demokracja”. No i oczywiście wszelkie media były jej zagorzałymi strażnikami. Wyłamanie się z tego żelaznego uścisku Kremla było niemożliwe, bądź kończyło się tak, jak już wyżej wspomniałem. Tyle tytułem wstępu.
Od integracji do "demokracji brukselskiej"
Po co przytaczam te odmęty ponurej historii powojennej? Ano po to, aby ukazać pewne analogie i podobieństwa tamtej „demokracji” do ówczesnej. Nie wiem, może jestem psychicznie szurnięty, ale jakoś sporo mi się tych podobieństw nasuwa. Po upadku komunizmu i „demokracji ludowej” stopniowo, latami, kraje, które tamtej „demokracji” doświadczyły zaczęły lgnąć w inną „demokrację”. Unijną, a żeby było ściślej - brukselską. Jak wszyscy wiemy z historii, zachodni mężowie stanu, po otrząśnięciu się z wojennej pożogi, tacy jak Robert Schumann czy Konrad Adenauer, zainicjowali wielką wizję zjednoczenia się Europy i pokojowego współistnienia oraz współpracy gospodarczej państw europejskich.
Bez wątpienia Europejska Wspólnota Węgla i Stali, a potem EWG były ideami szczytnymi, mającymi sens. Niestety, z początkiem lat 80. w europejskich strukturach wpływy zaczęli zdobywać bardzo nieciekawi ludzie zwani ideologami nowej lewicy. Wraz z nasilaniem się ich destrukcyjnej działalności, pierwotna idea ojców-założycieli zjednoczonej Europy zaczęła przybierać formy karykaturalne. Postępował proces federalizacji, czyli integracji na gruncie nie tylko gospodarczym, ale i wszelkim innym: politycznym, religijnym i światopoglądowym. Zaczęto dążyć do tworzenia lewicowej utopii zwanej „państwem europejskim”. Z czasem tworzono prawo, które państwom narodowym coraz bardziej ograniczało suwerenność, a na przykład w Brukseli utworzyły się decyzyjne ośrodki unijne, w których wąska grupa nikomu i niczemu niepodlegających biurokratów przystąpiła do ofensywy. Z biegiem lat, poprzez rozmaite umowy, regulacje i traktaty utworzono twór zwany „Unią Europejską”.
Już kiedy formalnie powstał w 1992 roku stanowił jaskrawe zaprzeczenie i zniszczenie powojennej idei integracji. Od tamtego momentu federalizacja przybiera na sile. Powstał system zawoalowanej euro dyktatury, zwanej „demokracją unijną”, która to „demokracja” zrobiła całkowitą wodę z mózgu dziesiątkom milionom ludzi na całym kontynencie.
„Demokracja” Brukseli polega na coraz dalej idącym ubezwłasnowolnianiu narodów europejskich w imię „jedności” i „solidarności”, który to bełkot służy eurokratom do zaprowadzania w Europie swych politycznie poprawnych porządków. Bezmyślne wprowadzenie waluty euro w państwach bardzo różniących się poziomem zamożności i wzrostu było krokiem milowym na drodze federalizacji. Co jeszcze? Ano wyświechtane hasełka o „tolerancji”, "”poszanowaniu praw mniejszości” i tak dalej, pod którymi kryją się działania odwrotne od oficjalnie głoszonych. Dochodzimy do momentu, kiedy tak zwana „Wspólnota Europejska” stała się lewicowym tworem, z fasadową demokracją, gospodarczym socjalizmem, gigantyczną biurokracją, absurdalnymi regulacjami oraz ideologiczną wojną pomiędzy wartościami a lewackim jadem. Wszystko - podobnie jak w ZSRR - ma być jedno: jeden „system wartości”, jedna „demokracja”, jeden budżet, jeden europejski rząd i tak dalej. Ta obłąkańcza unifikacja sama w sobie jest zabójczą utopią. A wszystko okraszone piramidalnych rozmiarów propagandą kłamstwa, podtrzymywaną przez media, legiony politruków i zastępy dyżurnych "autorytetów" świata nauki, ekonomii czy humanistyki.
Demokraci, szantażyści i czołgi
Kiedyś „demokracja ludowa” wymuszała posłuszeństwo systemowi za pomocą czołgów. Obecna „demokracja unijna” nie posuwa się do takich skrajności. Swych przeciwników ośmiesza, szantażuje i neutralizuje. Straszy obcięciem funduszy. W państwach, gdzie ludność nie chce do niej przystąpić urządza po kilka „głosowań”. Mają głosować tak długo, aż wynik będzie pożądany dla brukselskich trucicieli. Szantażem narzuca ratyfikację gniotów prawnych i rozmaitych kart podstawowych. Ustanowiła prawo unijne ponad narodowym, aby mogła ingerować w suwerenną politykę państw.
Dziś, jeśli coś nie jest zgodne z brukselską biurokracją, po prostu nie może istnieć. Ba, nawet w sprawach religijnych czy poglądowych rozmaite lewackie trybunały narzucają narodom swój „słuszny punkt widzenia”. Oczywiście pod hasłami propagandy o „tolerancji”. Ci, którzy nie chcą się podporządkować, przez system są traktowani jak „oszołomy”, „zacofańcy”, „przeciwnicy zjednoczenia” i tak dalej.
Powstał cały słownik unijnej nowomowy, tak jak kiedyś w ZSRR, przeciwnicy byli „reakcjonistami”, „agentami imperializmu”, „wrogami ustroju”. Podobnie jak „demokracji radzieckiej” pilnowały reżimowe media, tak i dzisiejszej „demokracji brukselskiej” strzegą armaty kłamstwa sianego 24 godziny na dobę przez rozmaitych „postępowych Europejczyków” i innych półgłówków. Złe słowo powiesz o UE i zostaniesz zaraz "”prawicowym oszołomem”, „nacjonalistą”. A nawet „faszystą”!
Dyktatura totalitarna i dyktatura pudrowana
Czy to przypadek, że „demokrację brukselską” dziś tak bardzo wychwalają dawne sługusy ZSRR? Rozmaite męty polityczne - w Polsce głównie z SLD - zawsze wiedzą, któremu panu służyć. Z wiernej służby Kremlowi przeskoczyli zgrabnie w służbę Brukseli. Twardy totalitaryzm zamienili na miękki, europejski. Byle nie urwało się koryto. Zresztą, nasi nie są jedyni. W unijnych strukturach działają całe tabuny marksistów, komunistów, kominternowców i rozmaitych lewicowców. Obecna UE i jej kroczenie ku katastrofie (od zawalenia euro się zacznie) jest ich „wielkim dziełem”, które nazywa się Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich.
Komisja Europejska zastąpiła dawne Biuro Polityczne, a Parlament Europejski ma tyle do powiedzenia, co niegdyś szeregowi członkowie KPZR. I tak było wiadomo, że decyduje Pierwszy Sekretarz. Dziś jest nim przewodniczący KE, Jose Manuel Barroso i jego giermki-komisarze, którzy wysyłani tam przez poszczególne kraje teoretycznie mają reprezentować ich narodowe interesy. Jednak ten lewicowy jad zaczyna kruszeć. Ekonomii oszukać się nie da. Dom budowany na bagnie musi się wreszcie zapaść. Jednak jeszcze się miota i broni jak może. Niczym ranne zwierze, które im bardziej się wykrwawia tym bardziej jest wściekłe.
Wiktor Orban - europejski chłopiec do bicia
Przejdźmy do Wiktora Orbana, partii Fidesz i Węgier. To pierwszy, który tak otwarcie wyłamał się z reżimu „unijnej demokracji” i ku wielkiemu oburzeniu jego strażników zaczął prowadzić własną politykę. Nie jest ważne w tym momencie, na ile słuszną. Historia wyda kiedyś wyrok. O coś innego tutaj chodzi. Orban stał się europejskim chłopcem do bicia i eurodyktatura za pomocą reżimowych mediów oraz ich giermków smaga unijnym batem jak może. Zaczynają się groźby i szantaże. Grzmi się o łamaniu „unijnego prawa”.
Czyli nic nowego. ZSRR wysłałby po prostu swoje czołgi i armię. UE próbuje bardziej subtelnych form zdyscyplinowania niepokornego. W Polsce rozmaite politruki z PZPR pokroju Marka Siwca uczą Węgrów „demokracji”, a TVN ubolewa nad łamaniem „praworządności”. Stacja telewizyjna, której powstanie wiąże się z peerelowską bezpieką stała się piewcą demokracji. Medium, w którym działa potomek jugosłowiańskich stalinistów, Milan Subotic, wzięło się za praworządność. Wzruszające. Nie wspomnę już o nieśmiertelnych redaktorach Gazety Wyborczej, których poeta Jan Marek Rymkiewicz zgrabnie kiedyś określił mianem „duchowych spadkobierców Komunistycznej Partii Polski”. W podobnym tonie pieje większość kłamców z reszty „mainstreamowych” mediów w Polsce i całej Europie. System się broni jak może. Tyle, że system się wali pomału. Brytyjczycy też pokazali, gdzie mają „brukselską demokrację”. A Islandczycy ustanowili absolutny rekord w dbałości o własny interes narodowy i pokazanie wielkiego f…a bankierom i eurokratom oraz własnym, sprzedajnym.

Rozbawił mnie ten fragment komentarza cytowanego przez Fiodora (wytłuszczenie moje)Przejdźmy do Wiktora Orbana, partii Fidesz i Węgier. To pierwszy, który tak otwarcie wyłamał się z reżimu „unijnej demokracji” i ku wielkiemu oburzeniu jego strażników zaczął prowadzić własną politykę. Nie jest ważne w tym momencie, na ile słuszną. Historia wyda kiedyś wyrok.
Odejście w automacie nie powiodło się, wobec tego kpt Protasiuk przeszedł na sterowanie ręczne. Niestety manewr ten nie powiódł się, ponieważ samolot był zbyt nisko. Wynikało to z faktu, że pilot kierował się wskazaniami wysokościomierza radiowego zamiast barycznego,
którego wskazania nie były przez załogę odczytywane.
Biegli: to nie był głos generała Błasika. Dowódca Sił Powietrznych nie naciskał na pilotów Tu-154: http://www.rp.pl/artykul/459542,790882- ... olewa.html

jeszcze w Smoleńsku po tym artykule w "Gazecie Wyborczej" chyba z 19 kwietnia i po tych telefonach od ministrów, żeby bardzo szybko dostać rozmowy w kabinie, że jest tendencja, żeby pokazać, że piloci zawinili, że piloci są głównymi odpowiedzialnymi.
Z resztą to się wpisuje w te smsy, o których mówił pan generał Petelicki i innych, że jednak chyba taka koncepcja, że piloci i jakieś tam naciski, to będzie ta najlepsza koncepcja.
Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił" - mieli przeczytać wszyscy politycy PO tuż po katastrofie, jako instrukcję do rozmów z mediami. Treść SMS-a Petelicki
(zapewnia, że ma go w swoim telefonie) ujawnił w wywiadzie, który ukazał się na stronach internetowych tygodnika "Wprost", ale tego samego dnia zniknął
http://www.rp.pl/artykul/642925.html
Biuro prasowe premiera odmówiło nam udzielenia informacji ws. poruszania na Radzie Ministrów sprawy udziału prof. Michaela Badena w sekcjach zwłok ofiar smoleńskiej katastrofy. Zapowiedziano nam również, że nawet jeżeli złożymy wniosek formalny o dostęp do informacji publicznej, to i tak zostanie on załatwiony odmownie.
– Udzielanie odpowiedzi na zapytania dziennikarzy w sprawach, nad którymi obraduje rząd, to powinność rzecznika i służb prasowych rządu – powiedziała nam Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego. – Jeśli pada niewygodne pytanie od dziennikarzy, które może sprawić kłopot politykom, służby prasowe tym bardziej powinny zrobić wszystko, żeby dać wiarygodną odpowiedź. Najgorsze w tym wypadku jest mówienie, że żadne informacje nie zostaną ujawnione – stwierdziła Grażyna Kopińska.
– Dochodzi do sytuacji, gdy przy niejasnym, nieprecyzyjnym uzasadnieniu odrzuca się wnioski o udzielenie informacji publicznej – powiedziała nam Dominika Buchawska z Fundacji Helsińskiej. – Przykładem jest zapytanie Fundacji Helsińskiej o liczbę podsłuchów stosowanych w Polsce i brak odpowiedzi, co skłoniło nas do skierowania sprawy na drogę sądową. Sąd przyznał nam rację – dodała.
– Linia tego rządu jest taka, żeby więcej utajniać – podsumowuje Wiktor Świetlik z Centrum Monitoringu i Wolności Prasy.
http://niezalezna.pl/26929-rzad-zataja- ... -smolenska

Użytkownicy przeglądający ten temat: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość